Szukaj w serwisie
O nas Administracja Pracownie Kliniki Poradnie specjalistyczne KLINIKA ZDROWEGO SERCA Wydarzenia Konferencje Wydawnictwo Biblioteka Fundacje Stowarzyszenia
Aktualności Kronika SCCS Wyróżnienia Akredytacja ISO Ankiety Opinie Pressroom Galeria Konkursy Praca Przetargi Dojazd Kontakt

Wspomnienia Małgosi

Od dziesiątego roku życia wiedziałam, że moim jedynym ratunkiem ,jest przeszczep płuc i serca. Czekałam sześć lat, aby spełniło się moje marzenie. Ufałam, że życie to bajka, która musi mieć szczęśliwe zakończenie.

Spacerując ulicami Berlina dwudziestego drugiego sierpnia 1996 roku nie sądziłam, że ten dzień zapisze się tak bardzo w mojej pamięci i bliskich mi osób. W to sierpniowe popołudnie otrzymałam długo wyczekiwany telefon z klinki. Dowiedziała się, że moje nowe serduszko jest w drodze i muszę natychmiast pojechać do szpitala karetką, która została już po mnie wysłana.

W pokoju, gdzie przygotowywano pacjentów do operacji, nagle opuściła mnie cała odwaga, która gromadziła się we mnie od kilku już lat. Na pytania zebranych redaktorów gazety i telewizji " ...czy jesteś szczęśliwa i co chciałabyś przekazać ludziom którzy Tobie pomogli...?" potrafiłam tylko przez łzy szczerze podziękować, ale nie umiałam powiedzieć "...jestem szczęśliwa..." bo wygrał ze mną strach. Przez głowę przemknęła mi myśl, że wspaniale byłoby, gdyby to był kolejny trzeci już fałszywy alarm. Ciocia doprowadziła mnie do białej linii przed salą operacyjną trzymając za rękę musiała chyba podarować mi dużo dobrej energii, bo spojrzałam z optymizmem w przyszłość. Myślałam o spotkaniu z rodzicami i bratem, których przy mnie nie było. Nie znałam języka niemieckiego. W takiej trudnej chwili zapomniałam też o możliwości porozumiewania się w języku angielskim. Dlatego sprowadzono anestezjologa polskiego pochodzenia. Pamiętam, że poprosiłam go o kilka poduszek pod głowę, ponieważ leżąc na płaskim nie mogłam oddychać i zasnęłam...

Po przebudzeniu obok łóżka stała moja cała rodzina ubrana w fartuchy, czepki. rękawiczki i maseczki. Widziałam tylko zapłakane, ale jak bardzo szczęśliwe oczy moich najbliższych. Nie czułam żadnego bólu, więc złapałam się za klatkę piersiowej, aby sprawdzić czy bije w nim nowe serduszko. Potem długo podziwiałam moje różowe paznokcie, które przed operacją były zawsze sino fioletowe. Po kilku dniach opieki na intensywnej terapii przewieziono mnie do pokoju na oddziale transplantologii. Tu dopiero zaczęła się walka o normalne życie. Przed przeszczepem widziałam to zupełnie inaczej. Myślałam, że po paru dniach wstanę z łóżka o własnych siłach i za miesiąc opuszczę szpital. Moje pierwsze kroki nie były jednak samodzielne. Stawiałam je z pomocą dwóch sióstr, trzymając się mocno balkonika. Trudno było mi zrozumieć, że od nowa muszę uczyć się chodzić. W tym momencie kiedy dreptałam szpitalnym holem wlokąc za sobą zestaw kroplówek postanowiłam, że zrealizuję moje plany i tak jak w marzeniach będę biegała, jeździła na rowerze.

W szesnaste urodziny miałam przeżyć pierwszą biopsję. Lekarze pozwolili mi jednak uczcić moje święto i choć nie mogłam jeść słodyczy, otrzymałam małe ciasteczko ze świeczką, a od rodziców pierwsze rolki. To są urodziny, które zapamiętam do końca, bo podarowano mi szansę na nowe życie.

Pobyt w szpitalu nie wiąże się tylko z pięknymi i miłymi chwilami, więc i dla mnie musiały nadejść momenty ciężkiej próby. Kiedy obudziłam się następnego dnia rano, zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Moje serduszko biło jak oszalałe, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Wezwałam na pomoc pielęgniarki i zadzwoniłam do mamy. Przez łzy, nie mogąc złapać oddechu, prosiłam, aby szybko przyjechała bo wydawało mi się, że umieram. Bardzo denerwował mnie spokój opiekujących się mną sióstr, powtarzających ciągle po niemiecku "... wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze...". Krzyczałam w moim ojczystym języku: " nie mogę oddychać"! ! ! Wiedziałam, że mnie nie rozumieją i w dalszym ciągu powtarzały mi, że wszystko będzie dobrze. Nie wiem o której tego dnia przyjechała moja mama, nie wiem też jak długo spałam, ale gdy się obudziłam w ustach miałam rurkę, która wspomagała oddychanie, a w szyi jeszcze więcej wenflonów niż przed zaśnięciem. Po przebudzeniu znowu ujrzałam uśmiechniętą mamusię, która siedziała przy mnie trzymając za rękę.

Po odrzucie i zaserwowaniu mi ogromnej dawki leków, zupełnie zmienił się mój wygląd. Przez długi czas nie chciałam na siebie patrzeć. Oddałam wszystkie lusterka i z chęcią zakładałam maseczkę. Poświęciłam się zupełnie ćwiczeniom oddechowym i pracy nad swoją kondycją. Chodziłam z mamą na schody i sprawdzałam każdego dnia wyniki badań płuc. Bardzo chciałam już biegać, być zupełnie sprawna i niezależna. Dlatego też lekarze nazywali mnie młodą kózką z Polski. Serduszko jednak przez długi czas nie chciało być chyba moje, bo wyniki badań wciąż były niezadowalające. Cały czas widoczne były skutki ostatniego odrzutu. Zdarzały się dni, że zabraniano mi chodzić, ćwiczyć, a ja traciłam wtedy nadzieje i wiarę w lepsze jutro. Prowadzący mnie lekarze ostatnią szansę ratunku widzieli w naświetleniach promieniami rentgenowskimi. Po momentach zwątpienia trzymałam się kurczowo swoich marzeń i wspierając również rodzinę opowiadałam im jak będzie cudownie kiedy wyjdę z kliniki. Nadszedł w końcu ten dzień kiedy stwierdzono, że najtrudniejsze chwile są już za mną i otrzymałam zdjęcie mojego zdrowego serduszka, które przechowuję do dzisiaj. To pozwoliło mi myśleć o wyjeździe do sanatorium, które było kolejnym etapem leczenia - rehabilitacji, gdzie zebrałam siły na nowe życie.

Dziś kiedy zakładam łyżwy żeby szaleć na bytomskim lodowisku z moim narzeczonym, planujemy kolejną wyprawę w góry i jazdę na nartach trudno mi uwierzyć, że to co napisałam to też fragment mojego życia.

Autorka przeszła transplantację serca i płuc w Berlinie w 1997 roku, kiedy w Polsce jeszcze tych operacji nie wykonywano.

/\
SCCS na Facebook'u

Fundacja Śląskiego Centrum Chorób serca

KRS 0000219230



Podaruj 1% Podatku

Dziękujemy za pomoc
Chorym i naszemu Szpitalowi