Szukaj w serwisie
O nas Administracja Pracownie Kliniki Poradnie specjalistyczne KLINIKA ZDROWEGO SERCA Wydarzenia Konferencje Wydawnictwo Biblioteka Fundacje Stowarzyszenia
Aktualności Kronika SCCS Wyróżnienia Akredytacja ISO Ankiety Opinie Pressroom Galeria Konkursy Praca Przetargi Dojazd Kontakt

Wywiad z dyrektorem Śląskiego Centrum Chorób Serca profesorem Marianem Zembalą

Panie Profesorze! Jakie były główne czynniki powodujące, że wybrał Pan studia medyczne? Czy była to kwestia tradycji rodzinnych?

Nie – u mnie w domu nie było tradycji tego typu. Decyzję o studiowaniu medycyny podjąłem dopiero w XI klasie, a więc w klasie maturalnej. Pamiętam, że duże wrażenie wywarł na mnie bardzo dobry wywiad z profesorem Wiktorem Brossem, który ukazał się w Trybunie Robotniczej. Po przeczytaniu wywiadu podjąłem decyzję, że muszę być blisko tego człowieka, że chcę się od niego uczyć i na nim wzorować. I tak zdecydowałem się na studia medyczne we Wrocławiu. W tamtych czasach obowiązywała rejonizacja, więc chcąc studiować we Wrocławiu, musiałem się w tym mieście zameldować .

Istniał jeszcze drugi powód mojego wyjazdu poza województwo katowickie. W sierpniu 67 roku, wraz z kolegami, dołączyłem w Krzepicach, gdzie mieszkałem, do pielgrzymki młodzieży , która szła na Jasną Górę. Pielgrzymka nie miała pozwolenia, więc władze uznały ją za nielegalną. Po wakacjach, po powrocie do szkoły, zaczęto nas wzywać na przesłuchania do komend MO. Prokurator w Kłobucku oświadczył nam wprost: „panowie – będziecie mieli kłopoty przy zdawaniu na studia”.

Wolałem więc starać się na studia w innym województwie. Jednak sprawa pielgrzymki dotarła także do Wrocławia. Egzamin wstępny zdałem bardzo dobrze, ale w czasie rozmowy z Komisją Egzaminacyjną doszło do sporu między rektorem, który zarzucił mi antypaństwową postawę, a (paradoksalnie) I sekretarzem partii (docentem Cisło), który stanął w mojej obronie.


A co zadecydowało o wyborze kardiochirurgii ?

Przede wszystkim fascynacja osobą profesora Wiktora Brossa. Wcześniej, w czasie studiów, od drugiego roku przygarnął mnie szef chirurgii naczyniowej, profesor Klemens Skóra, który zaproponował mi rolę zastępcy asystenta. Oznaczało to, że w każdy wtorek, kiedy w klinice chirurgii naczyń, na Poniatowskiego we Wrocławiu, był ostry dyżur, musiałem (bez względu na pogodę, zajęcia na uczelni czy inne utrudnienia) przyjść i pracować do końca dyżuru. Nie było to łatwe, ale była to znakomita szkoła życia i obowiązkowości.
Na zakończenie studiów otrzymałem nagrodę kopernikowską, dającą tytuł „Primus Inter Pares”, z czym związana była możliwość wybrania dowolnego miejsca pracy w kraju. Wybrałem II Klinikę Chirurgii profesora Wiktora Brossa i miałem wielką przyjemność pracowania z Profesorem przez cały rok. Bross przyjął mnie bardzo serdecznie, co dla mnie, wtedy młodego chirurga, było niesłychanie mobilizujące. Do dzisiaj pamiętam operację przepukliny pachwinowej, przy której Bross mi asystował. Niestety Profesor odszedł na emeryturę, a jego następca nie potrafił utrzymać poziomu kliniki . Zniknął element analizy wyników leczenia, poszukiwania nowych metod i kontaktowania się z przodującymi ośrodkami europejskimi i światowymi. Był to okres mojego rozczarowania ośrodkiem wrocławskim.


Czy wtedy Pan Profesor wyjechał do Holandii ?

Nie . Po zrobieniu doktoratu i specjalizacji z chirurgii ogólnej II stopnia, sam sobie załatwiłem staż i wyjechałem w roku 1979 do Belgii. W Klinice Kardiochirurgii Katolickiego Uniwersytetu w Leuven, kierowanej przez profesora Stalperta, zobaczyłem wielką kardiochirurgię. Wywarło to na mnie tak wielkie wrażenie, że pomimo faktu, iż nie otrzymywałem żadnego wynagrodzenia i musiałem sam się utrzymywać, postanowiłem sobie, że ponownie wyjadę na Zachód.

Kolejny wyjazd bardzo ułatwiła mi opinia, jaką otrzymałem na koniec stażu w Belgii. Tym razem wyjechałem do Kliniki Kardiochirurgii St. Antonius w Utrechcie – w Holandii, gdzie pracowałem przez kilka lat. To była bardzo mocna klinika – 2600 operacji serca rocznie (ilość wtedy dla nas niewyobrażalna) - ze świetną organizacją i znakomitym modelem pracy.

W czasie późniejszej pracy w Niemczech, Anglii czy w Stanach mogłem obserwować różne układy organizacyjne.
Na przykład – w Wielkiej Brytanii, do dzisiaj konsultant ma zupełnie niezależną pozycję – nie odpowiada przed nikim, poza dyrektorem i wokół niego skupia się grupa rezydentów. Czyli model kompletnie zdecentralizowany.
Model niemiecki, szwajcarski (ale i wtedy także polski) był niesłychanie hierarchiczny. Miał pewne zalety ale także niestety wiele wad – przede wszystkim hamował inicjatywy i i ograniczał rozwój.
Natomiast model holenderski łączył w sobie zalety obydwu tych systemów a jednocześnie eliminował wady. Szef odpowiadał za całość, ale dzięki analizie dostrzegano indywidualności, tworzono warunki do konkurencji i doceniano talenty.
Ten model bardzo mi przypadł do gustu, bo stwarza szansę rozwoju wszystkim - nie tylko szefowi.


Czy Pan Profesor był inicjatorem akcji leczenia polskich dzieci w Holandii ?

To był przypadek. Przez większość pobytu w Holandii byłem sam, więc oczywiście w weekendy chętnie dyżurowałem w szpitalu. Za to otrzymywałem wolne poniedziałki, w które chodziłem do szpitala uniwersyteckiego na wykonywane przez doktora Hitchcocka (ucznia Barnarda) operacje dzieci. Któregoś dnia zauważyłem wielkie poruszenie – odwołano operacje, ponieważ nie dojechały dzieci z Indonezji, planowane na ten dzień. Słuchając uwag Holendrów, którym w głowach się nie mieściło, że ustalony harmonogram nie może być realizowany powiedziałem: “Słuchajcie, a może byście zaczęli operować dzieci z Polski, gdzie też są duże potrzeby”.

Nie przypuszczałem, że będą jakieś konsekwencje mojej wypowiedzi. Tymczasem trzy tygodnie później zaproszono mnie na poważną dyskusję, w której uczestniczyło 6 osób – w tym między innymi przewodniczący holenderskiej organizacji “dzieciom w potrzebie”, profesor Hitchcock, dyrektor szpitala oraz Polka Krystyna Elmer. Dowiedziałem się, że zespół postanowił operować polskie dzieci. Zadali mi pytanie – “Ile dzieci powinniśmy przyjąć” . Chciałem być delikatny i powiedziałem : “około 30”, chociaż w duchu oczekiwałem, że usłyszę “ tylko dwoje, troje”. Na to powiedzieli “Wie Pan, myśmy przeanalizowali, że powinno być około 300 – 400”. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Na tym zebraniu ustalono niezbędne szczegóły. Ze swojej strony zgłosiłem życzenie, żeby na szkolenia mogli z dziećmi przyjeżdżać lekarze i pielęgniarki.
Wkrótce zaangażowały się kanały telewizyjne – katolicki i protestancki, które przygotowały programy promocyjne z udziałem znakomitych aktorów.

Początkowo myślałem, że współpraca będzie nawiązana z ośrodkiem wrocławskim, ale ówczesny rektor i prorektor oświadczyli, że nie życzą sobie żadnej współpracy.

Dwa miesiące później doszło w Polsce do spotkania z wiceministrem zdrowia profesorem Mlekodajem, oraz panią profesor Marią Hofman- dyrektorem Instytutu Kardiologii i panią profesor Kubicką z Centrum Zdrowia Dziecka.
Ustalono, że zespoły profesora Rużyłły oraz profesor Kubickiej będą pełniły rolę ekspertów po stronie polskiej. I z satysfakcją muszę powiedzieć, że pod względem medycznym, te zespoły znakomicie się wywiązały ze swoich zadań.

Akcja trwała przez 7 lat i w tym czasie bezpłatnie zoperowano 520 dzieci z całej Polski – w tym 11 z domów dziecka. Ministerstwo Zdrowia płaciło tylko za transport.
Jednocześnie doświadczenie zdobyło ponad 70 osób personelu – lekarzy, pielęgniarek i perfuzjonistów.


Co wpłynęło na podjęcie przez Pana Profesora decyzji o podjęciu pracy w Zabrzu?

Kiedy jeszcze pracowałem we Wrocławiu, w Polanicy odbyła się znakomita konferencja, na którą przyjechał Mariusz Barnard – brat Christana. Nagle zobaczyłem, że świat przeszczepów i transplantologii nie jest tak bardzo odległy. Zresztą Bross, u którego pracowałem, ciągle marzył o transplantacji serca. Na kolejnym spotkaniu, w Szczecinie osobą, która bardzo dobrze się zaprezentowała był profesor Religa – ówczesny docent, z którym notabene mieszkałem w jednym pokoju. Zbigniew Religa był wtedy młody, rzutki, energiczny –bezpośrednio po pobycie w Ameryce.

W czasie mojej pracy w Holandii otrzymałem list podpisany przez ówczesnego dyrektora docenta Pasyka, który napisał, że pani dr Goldstein słyszała o mojej pracy w Holandii, o akcji operowaniu polskich dzieci i moim udziale w jej organizowaniu.
W tym liście doc. Pasyk zaproponował mi, żebym przyjechał do Zabrza, gdzie szefem będzie docent Religa. Uznałem, że praca w Zabrzu będzie dla mnie szansą i odpisałem, że się zgadzam. Zdecydowałem się na powrót. Nie wracałem jednak do Wrocławia, tylko od razu zrobiłem przeprowadzkę do Zabrza.

Docent Religa zaprosił wtedy do współpracy: ze starszej grupy Andrzeja Bochenka, Jurka Wołczyka i mnie oraz wielu obiecujących młodych lekarzy, którzy dzisiaj są samodzielnymi chirurgami jak: Przybylskiego, Pacholewicza, Ryfińskiego, Bachowskiego itd. Tak się zaczęła kardiochirurgia w Zabrzu.


Dlaczego przez jakiś czas pracował Pan w Ochojcu ?

Odejście do Ochojca było bardzo klarowne – wpłynęły na to dwa zdarzenia. Otwarcie nowego szpitala, w którym już był zaangażowany docent Bochenek oraz fakt, że nasz szpital wymagał remontu. Szpital był na granicy wytrzymałości i wymagał naprawdę dużego remontu.
Sale operacyjne były coraz bardziej zaniedbane i docent Religa podjął decyzję – „zamykamy Zabrze” ! Na 9 miesięcy zamknięto ten szpital, a Zbigniew Religa również przez jakiś czas operował w Ochojcu. Natomiast moim zadaniem była pomoc Bochenkowi – on uruchamiał jeden oddział, a ja drugi. Zoperowałem tam około 160 chorych. Myślę, że to był dla mnie dobry czas – poznałem tych ludzi, mam tam wielu przyjaciół, nie czułem się intruzem. Myślę, że oni też mnie pamiętają z dobrej strony.


Jak doszło do tego, że Pan Profesor został dyrektorem WOK ?

Człowiek nigdy nie wie co go czeka. W szpitalu narastały dziwne konflikty. Wydawało mi się, że trzeba coś zrobić. Szpital bardzo biedniał – ten mocny ośrodek, który był tak obecny w mediach, w którym działały takie programy, jak np. transplantacyjny. Jednocześnie czuliśmy, że jest coraz trudniej. W latach 1990 - 91 – zrobiono remont, ale klimatyzacja nie działała nawet po remoncie.
O sprzęt było coraz trudniej. W 1991 roku prawie otarliśmy się o brak szwów. W 1992 roku nagle chirurdzy nie mieli prawa korzystania ze stołówki. Takie jakieś absurdalne sprawy, do których nie chciałbym wracać. Uznałem, że mając wieloletnie doświadczenie holenderskie, mogę doprowadzić do tego, że ośrodek będzie pracować lepiej.

Kiedy ogłoszono konkurs na stanowisko dyrektora miałem poparcie 2 osób. Pierwszą był profesor Religa. Gdy go pierwszy raz zapytałem - powiedział: „poczekaj jeszcze pół roku”. Ale przy drugim zapytaniu mocno mnie poparł. A miałem także poparcie Sośnierza, który był wówczas kierownikiem wydziału zdrowia i który twierdził, że przyszedł czas, aby ten szpital poprowadzić lepiej.

Jak się patrzę z perspektywy 11 lat swojego dyrektorowania, to mogę stwierdzić, że każdego roku zaczynaliśmy coś nowego. Kolejno remontujemy i unowocześniamy ośrodek, który osiągnął poziom odpowiadający standardom zachodnim.

Śląskie Centrum zajmuje czołowe miejsca w rankingach szpitali opracowywanych przez redakcje poważnych pism.
Jakie są źródła sukcesu? Co wpłynęło na to, że szpital ma opinię jednego z najlepszych w Polsce ?
Decydującą rolę odegrało przyjęcie przez nas (tzn. przeze mnie i współpracujących ze mną osób ze ścisłego kierownictwa) nowej koncepcji pracy.
Można ją zawrzeć w czterech punktach:

1. Podział decyzyjności – ufając zespołowi, ale przy wysokich wymaganiach wobec jednostek i całego zespołu,

2 – pokonanie schematu (często w polskich szpitalach pokutującego) przeciwstawiającego dyrektora lekarzom („ja” dyrektor – „oni” personel medyczny). U nas tego nie ma.

3. Pokonanie schematu, ze problemy szpitala są wyłącznym zmartwieniem dyrektora (czy dyrekcji). Przyjęliśmy, że są to także problemy ordynatorów.

4. Przyjęcie zasady, że pieniądze od sponsorów muszą służyć szpitalowi a nie prywatnym fundacjom.

Duży wpływ na naszą sytuację miał światły minister zdrowia, profesor Jacek Żochowski, który w 1996 roku dał zielone światło na wprowadzenie u nas reform– na zasadzie pilotażu. Wiadomo, że w małym szpitalu można było łatwo sprawdzić zalety i wady systemu. Ministerstwo bardzo skorzystało z naszych doświadczeń.

W naszych warunkach system się sprawdził – jedynym rokiem, kiedy mieliśmy dług był 1999 – przy czym gdyby nam zapłacono za wszystkie wykonane zabiegi, to i wtedy długu by nie było.

Siłą naszego szpitala jest umiejętna praca zespołowa. Na przykład na uzgodnienia kontraktów jeździliśmy po Polsce w zespole 7 – 8 osobowym. Z nas się wtedy śmiano, bo na ogół, z innych ośrodków, przyjeżdżał sam dyrektor – lub najwyżej w dwie osoby – razem z księgową. Ale my byliśmy przygotowani – wiedzieliśmy na co możemy się zgodzić, a co jest niewykonalne. Mogliśmy w każdej chwili przedstawić symulacje ekonomiczną. I tym wygrywaliśmy – na ogół wychodziliśmy zadowoleni z kontraktów.


Dyrektor – ordynator – czy można równocześnie sprawować obydwie funkcje?

Jestem przeciwny przeciwstawianiu sobie tych dwóch stanowisk. Znam wiele dyrektorów, którzy byli wybitnymi leczącymi lekarzami. Na przykład: Columbian Presbyterian Hospital – jeden z najlepszych i największych szpitali w Nowym Jorku, kiedy miał potężny krach spowodowany przez pięciu kolejnych menadżerów, wyprowadził z biedy znakomity lekarz, torakochirurg – Saviston. Przy podejmowaniu decyzji znakomicie przydaje się znajomość analizy medycznej, której przeciętny menadżer nie jest w stanie przeprowadzić.

Poza tym – trudno przyjąć z całkowitą pewnością, że ktoś po pośpiesznie robionych kursach (nawet w szacownych uniwersytetach) sprawdzi się na stanowisku dyrektora szpitala. Sam na taki kurs jeździłem i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że tylko 10 % wykładów prezentowało bardzo dobry poziom. Pozostałe były średnie, słabe lub bardzo słabe.
Krótko mówiąc – uważam, że przygotowanie medyczne i doświadczenie na stanowisku ordynatora nie przeszkadza i znam w Polsce wielu dobrych dyrektorów szpitali, którzy równocześnie są ordynatorami.

Dyrektor powinien mieć koncepcję prowadzenia szpitala – chociaż w warunkach polskich jest to trudne, bo wystarczy zmiana ministra, żeby wszystkie założenia stały się nieaktualne; musi konsekwentnie działać w kierunku rozwoju tych form i oddziałów, które stanowią o sile szpitala; być nieustępliwy i wymagający wobec siebie i zespołu i otwarty na poglądy innych ludzi – nie może żyć w przekonaniu, że jest nieomylny .


Czy operacje serca wykonuje się w Zabrzu na poziomie ośrodków zachodnich?

Bez próżności – bez patosu odpowiem tak: właściwie wszystkie ważniejsze operacje serca wykonywane na świecie – są wykonywane w Zabrzu. Zaczynając od operacji noworodków z wrodzonymi wadami serca, poprzez wszelkiego typu zabiegi małoinwazyjne w chorobie wieńcowej, poprzez rekonstrukcje w wadach wszelkiego typu a kończąc na zabiegach w zatorowości płucnej, na zabiegach przeszczepu serca, serca i płuc czy samych płuc. A najlepiej świadczą o nas wyniki i mała ilość powikłań. I w tym tkwi nasza siła.


Czy Pan Profesor osiągnął cele, jakie Pan sobie założył rozpoczynając kierowanie szpitalem?

Najbardziej dumny jestem z tego, że chory u nas ma w sali takie same warunki jak w szpitalu holenderskim czy niemieckim. To jest moja największa duma – standard hotelowy w szpitalu. Ponieważ dawniej często było to tak po polsku – brudno i byle jak.
Po drugie dumny jestem, że poziom medyczny szpitala jest wysoki.
I po trzecie, że szpital - Śląskie Centrum Chorób Serca ma swoją wyrazistość, swoją tożsamość. Nie chciałbym nigdy pracować w anonimowym szpitalu.

Natomiast nie wszystko mi się udało. Myślę jednak, że coraz więcej tych zaległych rzeczy uda się nam załatwić w najbliższym czasie.

Bardzo dziękuję za poświęcenie nam czasu i życzę spełnienia wszystkich założonych celów – co z pewnością będzie korzystne przede wszystkim dla pacjentów.

rozmawiał Tadeusz Bujak
/\
SCCS na Facebook'u

Fundacja Śląskiego Centrum Chorób serca

KRS 0000219230



Podaruj 1% Podatku

Dziękujemy za pomoc
Chorym i naszemu Szpitalowi